Praktycznie 26 godzin wyjętych z życiorysu, ale było warto, warto i warto! Wyjazd przesiąknięty był duchem
Joy'ów: od rozmów prowadzonych w pociągu czy klubie, po konferencje z Corbijnem, aż do "ciekawych fanowskich" obserwacji, których(razem z
P.) dokonywaliśmy niemal jednocześnie: zważywszy na to ze Łódź przywitała nas śniegiem(na "dzień dobry") i deszczem (na "do widzenia") praktycznie równocześnie zadaliśmy sobie nawzajem pytanie: "Pamiętasz tą sesje Joy'ów na śniegu?", a potem przywoływaliśmy z pamięci te bardziej "industrialne" sesje. A jeszcze większe morze tematów przypłynęło po obejrzeniu Controla plus spotkanie z
Mistrzem. Dodatkowo
M. nie pozwolił nam marznąć na dworzu przez dwie godziny i zabrał do festiwalowego kluby, gdzie w kącie mogliśmy podziwiać parę ładnie nawalonych "gfiazd" i "gwiazd" plus obserwować wyższą szkolę lansu i baunsu, której w takiej okazałości jeszcze nie widziałam i mam nadzieje ze nie zobaczę:)
Sam Control...bardzo specyficzny i choć przez cały film próbowałam trzymać ten "dystans" to ostatnia scena, w połączeniu z lecącym w tle kawałkiem rozbroiła mnie totalnie(i nie, nie była to scena "wieszania" się Curtisa) i sale kinową musiałam opuścić z chusteczkami higienicznymi w ręku. To połączenie męczy mnie do teraz i będzie męczyć jeszcze długo, długo. Na razie jednak czas powrócić do szarej rzeczywistości i pstrykać dalej fotki. Mam nadzieje ze coraz lepsze.
No i na deser:

Chyba jedna z najlepszych pamiątek teogorocznych wypadów. Ehh, czasem naprawdę, naprawdę lubię swoją prace:D